Trąd i obłąkanie – Michel Foucault
W okresie średniowiecza trąd był chorobą, którą traktowano jako przejaw obecności Boga, Jego gniewu, a zarazem wielkiego miłosierdzia. Wyznawano bowiem zasadę, że człowiek naznaczony tym straszliwym piętnem, jest elementem Bożego planu, został przez Niego wybrany po to, aby cierpiał na ziemi i został wykluczony z życia pośród innych ludzi, lecz wszystkie te trudności związane z życiem doczesnym zostaną mu zrekompensowane w postaci przedostania się do raju po śmierci, gdzie na owych wybrańców czekać ma wieczne szczęście, zdrowie i młodość. Z tego też względu unikano trędowatych, wyznaczano dla nich odrębne enklawy, z dala od tych, którzy byli zdrowi. Ludzie nienaznaczeni tą chorobą tłumaczyli to tym, że jedynie pomagają chorym w ten sposób uzyskać Boże miłosierdzie i niekwestionowane zbawienie. Słowem – sami uważali siebie za uczestników tegoż Boskiego planu, zatem nie chcieli się mu przeciwstawiać.
Trędowaci mogli się czuć z jednej strony wybrani, z drugiej – potępieni. Po tym, jak ustał trąd w Europie (do dziś jest to zjawisko bardzo interesujące dla badaczy, że postąpiło ono w tak szybkim tempie i zupełnie nagle), pojawiły się inne „zarazy” i przyczyny społecznego ostracyzmu. Wykluczono więc ubogich, obłąkanych, skazańców czy włóczęgów, aż wreszcie nosicieli chorób wenerycznych, które stały się plagą już przy końcu XV wieku. Początkowo bardziej pielęgnowano chorych aniżeli ich izolowano od świata (np. w Niemczech powstało wiele zakładów specjalnie dla nich przystosowanych), lecz po jakimś czasie przyglądano się temu nie pod kątem medycyny, lecz moralności. Osoby zarażone uznane zostały za rozpustne, których styl życia dalece odbiega od przyjętych norm etycznego zachowania.
O wiele tragiczniej przedstawiała się jednak sytuacja osób chorych psychicznie, których szaleństwo interpretowano powszechnie jako obecność Szatana w człowieku, zapowiedź końca świata. Obłęd traktowano nie jako rzecz nabytą z przyrodzenia, a raczej winą za niego obarczano samego szaleńca, jego niedoskonałość i ułomność.
W XV wieku motyw szaleństwa jawi się w literaturze jako przestroga, służy umoralniającemu przesłaniu, że obłęd zawsze prowadzi do jakiejś tragedii, a za tę tragedię i tak odpowiedzialny będzie sam obłąkany.
W okresie Oświecenia, tj. kultu racjonalizmu i empiryzmu, obłęd „przybiera kształt zależny od rozumu”. Przestaje być zatem utożsamiany z chrześcijańską wizją obecności Szatana w człowieku. Obłęd pozostaje więc w sferze świeckiej, traktowany jako scalenie go z ludzkim umysłem – obłęd w tym przypadku świadczyć miał o ułomności tegoż rozumu, a nie naznaczeniu piętnem przez Boga czy diabła. Szaleństwo mogło być więc równie dobrze udziałem osób uznawanych powszechnie za światłe, utalentowane i inteligentne – jako chwilowy stan niedoskonałości, niedostatku, nie musiał on jednak z góry przesądzać o całościowym stanie umysłu takiego człowieka (np. u Tassa).
Foucault wymienia różne rodzaje obłędu występujące w literaturze: obłęd przez utożsamienie z fikcją literacką (np. u Cervantesa), obłęd próżnej zarozumiałości (np. „biedak staje się bogaczem, obrzydliwiec przygląda się sobie z podziwem, niewolnik z nogami w kajdanach mniema, że jest Bogiem”), obłęd sprawiedliwej kary (np. urojenia dotyczące samosądu dokonanego nad jakąś osobą, która – w swoim odczuciu – de facto na niego zasłużyła) czy obłęd jako nieukojona namiętność (miłość nieodwzajemniona, w sposób brutalny odrzucona lub przerwana przez śmierć ukochanej osoby, tak dzieje się np. w dramatach Szekspira).
BIBLIOGRAFIA:
Michel Foucault, „Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu”, Warszawa 1987 [tu rozdział: „Stultifera navis”].
OPRACOWANIE: MARTA AKUSZEWSKA
Comments (0) Added by marta March 17, 2010 (10:50PM)
Loading
Uważasz że ciekawe, kontrowersyjne? Umieść link na Twojej stronie, blogu.
Wystarczy skopiować poniższy kod (Ctrl+C aby skopiować)